Aleją świetlików - czyli kiedy życie znajduje odzwierciedlenie w serialowej fikcji, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że w literackiej fikcji ze względu na książkę w oparciu o którą powstała amerykańska produkcja z fenomenalną Katrine Heigel. Skusił mnie zwiastun i dwa sezony połknęłam na raz. A to paskudne, irytujące, przerysowane i……tak dobre dzieło absolutnie mnie wciągnęło; do tego stopnia, że nie mogę się pozbierać. Oczywiście w ostatnim czasie często nie mogę się pozbierać, mazgaję się bo kwiaty kwitną, dzieci się śmieją lub latają motyle, rozczula mnie każdy przejaw życia, jak każdego człowieka, gdy tylko złapie go jakieś paskudztwo z tych prawdziwych paskudztw. Kiedy zaczynałam cykl badań dobita już wcześniejszymi trudnościami zdrowotnymi w typie zaawansowanym - nazwa wybitnie nietrafna bo to ja jestem stara a nie schorzenie, nie spodziewałam się tego całego bagna. "Halo, halo! Pani, ale jak to pani waży 40 kilogramów, tyle to waży chomik preriowy, a nie zdrowa kobieta co chce być matką". I tak będąc już nieszczęśliwą oberwałam jeszcze w splot słoneczny by na kolanach przywitać depresję. Ze zdziwieniem przyjmowałam i nadal przyjmuję swoją postawę w obliczu następujących po sobie złych wyników badań, niebotycznej skali przeciwciał i uporczywemu szperaniu, grzebaniu, wycinaniu tkanek. Lekarze twierdzą, że to faza wyparcia, teraz jestem pewna, że się nie znają bo to faza "celebracji życia". Jestem przekonana, że nie umrę, czuje pogodzenie z niedogodnościami, boję się bólu, ale nie wierzę, że zmiecie mnie choróbsko. Tak na amen w pacierzu z krzyżem na nagrobku (możliwe, że to lekka faza wyparcia). Więc tańczę nago smażąc bekon, kupuje sobie kwiaty i ciągle gdzieś z mężem wyjeżdżam, nie pozwalam rodzinie zatykać uszu gdy tłumaczę im gdzie są polisy i jak chcę być pochowana, słucham za głośno muzyki i nagrywam rolki dla bliskich, maluje, projektuję dom , piszę. Moja doba jest wyciśnięta do ostatniej minuty, choć nie robię nic spektakularnego, każda chwila taka jest. Jak widać na Firefly lane trafiłam w idealnym momencie - mamy dwie skrajnie różne postaci które łączy twin flames, podążamy za bohaterkami przez ich dzieciństwo, dojrzewanie, dorastanie aż po umowną stabilizację. Od kulawego początku przyjaźni nerdzicy z ladacznicą, od kiczu lat 70-ch, przez łóżka życiowych pomyłek, po słodki smak sukcesu, życie bohaterek to przeplatanka gorzkich chwil z momentami euforii i piękna. Lata temu przeczytałam książkę w części gdzie Tully i Kate wciąż były młode, teraz obejrzałam całość i to dopięło mój odbiór. Spojrzałam szerzej by dostrzec, że z czasem każdy moment życia wspominamy jako ważny, nawet ten ówcześnie żenujący czy zawstydzający. Zrozumiałam, że mam fascynujące życie, gdy Tully tańczyła na barach, kopała idiotów po jajach lub wyrywała największego macho identyfikowałam się z nią, po czasie zrozumiałam, że życiowo jestem nudną Kate, która nie jest przebojowa, ale jest ciepła, która lubi swoją rutynę i gniazdo w którym dla każdego znajdzie się miejsce. Właściwie z czasem przeszłam z bycia szaloną i rozrywkową w stabilną i rodzinną. Zmieniłam się bo życie niesie zmiany, a człowiek to nie kamień i może się dostosować bez urazu na strukturze. Zakończenie mnie zdruzgotało, ale takie jest życie, to prawdziwe nie niesie cudownych rozwiązań, daje wiele cudownych chwil. Podobała mi się postawa Kate wobec nieuchronności końca i choć rozumiałam mobilizację Tully i czułam niezgodę bo niektóre relacje to więź innego poziomu niż wszelkie rodzaje miłości, to miałam szacunek za elegancję z jaką Kate zmierzyła się z prawdą, jak zawsze twarzą w twarz. Oczywiście ta produkcja nie zabiła mojej fazy celebracji życia, ale pozwoliła mi na rozsądne rozważenie opcji jeśli też pójdę za świetlikami - spisałam ostatnią wolę, upoważniłam odbiorców instrumentów finansowych, napisała posłowie dla ludzi ważnych. Jestem gotowa bo mam poczucie, że cokolwiek się zdarzy nie będę zapomniana. Kiedyś myślałam, że wraz z czyimś odejściem znika cała magia, ale ona nie znika. Moja magia pójdzie ze mną Aleją Świetlików.
