Mój wróg
header01
Mój wróg

Dziwne zjawisko ten czas…podstępnie i cichaczem wszystko zmienia. Zmienia nas w ludzi, którymi nigdy nie chcieliśmy być. Zmienia struktury rodziny, przyjaciół w znajomych, młodość we wspomnienia. Smutne, że z czasem banały stają się rzeczywistością – każdy człowiek jest lekcją, wyświechtany frazes. Dziś boleśnie prawdziwy, a ja zawsze pilnie odrabiałam lekcje.

Chłopak, którego kochałam powiedział kiedyś „miłość robi z nas głupców”, leżeliśmy na wiejskiej łące, było wczesne lato, plotłam bransoletki z kaczeńcy, a on nazbierał mi wodnych pałek. Byłam dzieciakiem pełnym idei, egzaltowanym i przerysowanym jak wszyscy nastolatkowie. Tamten dzień był piękny, kilka lat później ów chłopak już nie będzie żył, a jeszcze kilka lat później ja będę płakać zwinięta w kłębek, na podłodze wspólnego mieszkania, gapiąc się w drzwi, za którymi zniknął na zawsze mój narzeczony. Kiedy wreszcie wstałam z tej podłogi w lustrze zobaczyłam obcą dziewczynę, która była wytworem jego pragnień. W tamtym czasie każdą głupotę uważałam za adekwatną cenę uczucia: od przefarbowania włosów na buraczkowy, po wyprowadzkę na górską pipidówkę. Kolejne związki udowadniały mi, że bardzo długo jesteśmy gotowi robić z siebie idiotów w imię uczucia. Tak, miłość robi z nas głupców.

Człowiek, którego szanowałam powiedział kiedyś „nie ma nic gorszego niż pusty dom”, był sędziwym panem z ogromną charyzmą, który wiele w życiu osiągnął, nie zawsze szlachetnymi metodami. Nie popieram okrucieństwa, ale wiem, że życiu wszystko trzeba wyrwać, może dlatego dobrze się rozumieliśmy. Pamiętam jak któregoś razu byliśmy w jego posiadłości na kolacji, przy stole dzieci z małżonkami i wnukiem, jego żona krzątająca się przy pieczeni, wspaniała porcelanowa zastawa. Zazdrościłam mu bogactwa, rzeźbionego stołu, zimowego tarasu. Pierwsza z tego obrazka zniknęła ukochana żona parszywymi okolicznościami, potem najdroższa córka wyszła ponownie za mąż za beznadziejnego typka, mimo próśb, gróźb i błagań zerwała kontakt z rodziną – nie skończyło się dobrze. Największą niesprawiedliwością była śmierć jedynego syna, zwłaszcza, że był naprawdę dobrym człowiekiem, porządnym. Zrozumiałam co miał na myśli gdy tę pustkę dostrzegłam w wiejskim domu, do którego latami zjeżdżali krewni i znajomi. Stada dzieciaków ganiały na bosaka po trawie, dziadek kopcił papierocha na krześle z pieńka, mamy i ciotki wieszały pranie, było gwarno i tłoczno, do czasu. Do czasu gdy dorośliśmy, a stara chata przestała być rozrywką, z roku na rok przy ognisku siedziało co raz mniej młodzieży i już nie było potrzeby rozkładania dodatkowych materacy. Któregoś lata w nieskończoności nocy siedziałam przy stole sama i zrozumiałam, że ów człowiek mówił prawdę, nie ma nic gorszego niż pusty dom.

Dawny przyjaciel powiedział mi kiedyś „przyjaźń to tylko fragment, nikt nie wybiera przyjaźni”, bardzo bolesne słowa. Przyjaźnie się kończą bo z danymi ludźmi jest nam po drodze tylko etapami. Oczywiście znajomości z dzieciństwa nie mają szans w zderzeniu z nastoletnim nawałem emocjonalnym, te licealne, które w naszej głowie są na zawsze rozjeżdżają się wraz z pociągami do różnych miast studenckich. Mój przyjaciel często powtarzał, że jeśli znajomość przetrwa dekadę to jest na całe życie, bardzo chciałam w to wierzyć, zwłaszcza że przyjaźnie zawiązywane po dwudziestce są ogromnie intensywne. Przeżywacie razem nie tyle dorastanie co dojrzewanie życiowe i choć zaczynacie wspólnymi popijawami na studenckich happy hours, to przecież możecie na siebie liczyć przy przeprowadzce, złamanym sercu lub gdy trzeba jechać na pogotowie, macie komu zostawić kota pod opiekę czy pożyczyć pieniądze. To nie poziom dzielenia się kosmetykami, to życie. Wierzyłam, że to mocne relacje, ale czas nawet takie niszczy. Oddala przyjaciół życiowymi partnerami, pracą, zmęczeniem. Nigdy już nie będziecie tak blisko jak zanim weszliście w stereotypy życia. Od kiedy moi przyjaciele są dorośli, skończyło się w naszej przyjaźni wszystko co ciekawe, został związek pomocniczości. Wczoraj miałam sen stylizowany na pewien kasowy film. W upalnym słońcu amerykańskiej pustyni stały w rzędzie Mustang GT, Porsche 911, Mazda CX5, BMW M2, Chevrolet Camaro, w radiu leciała piosenka „I’m coming home”, pamiętam jej dźwięki i niebieskie oczy po lewej. Patrzyliśmy na siebie wzajemnie przez kolejne warstwy szyb, to była długa chwila, po której wszyscy ruszyliśmy w rozchodzące się drogi, nasz fragment się skończył. Obudziłam się z tym rozrywającym uczuciem gorzkiej akceptacji końca. Nic się nie da uratować, nikt nie wybiera przyjaźni.

Mój drogi tato powiedział mi kiedyś ” czas jest wrogiem wszystkiego na czym nam zależy”. Patrzę na siwą głowę taty, siateczkę zmarszczek wokół oczu mamy. Widzę jak śmieją się z artystów jakiegoś festiwalu i wiem, że to wciąż oni, choć dużo bardziej bezbronni niż dekadę temu, kiedy czas był jeszcze po ich stronie. W drewnianej szafie, która skrywa wejście do Narnii układam flanelową koszulę, wiedząc, że już nigdy nie będziemy tak blisko jak w majowe dni spędzane nad notatkami z administracji, z zimną oranżadą Heleną na kocu obok malw mamy. Spacerując wzdłuż Wisły wiem, że nigdy więcej nie będę trzymać jego dłoni, choć przecież mieliśmy być na zawsze. Kiedy nocami palę w oknie i otula mnie prawdziwy dym, tęsknie do chwil beztroski spędzonych z dziadkiem i jego unikatowego dymnego zapachu. I choć wiem ile przez tę rzekę czasu zyskałam, ciężko nie zauważyć strat. Osobiście uważam, że płacimy wysoką cenę za te ułamki dobra, które z czasem są nam odbierane. Czas jest wrogiem wszystkiego na czym nam zależy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *